poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Rozdział 1



  Dziesięcioletnia dziewczynka siedziała przy drzwiach swojego pokoju podsłuchując rozmowę jej rodziców, a raczej kłótnię. Dochodziły do niej tylko niektóre wyrazy, ale była mądra i łatwo wszystko składała w całość.
-Zostawisz mnie? Zostawisz nas dla niej?- Nie chciała tego słuchać, ale ciekawość zawsze u niej zwyciężała.
-To nie ma sensu, Rose. To nie to samo co parę lat temu.
-Masz rację teraz masz lepszą ode mnie. Ona Ci mnie zastąpi. Zastąpi Ci nas!
-To nie tak. Ja ją kocham!- Jedna mała kropelka zatańczyła w oku dziewczynki by po chwili wydostać się na zewnątrz i spłynąć po jej policzku.
-Idź porozmawiaj z Ronnie, należą się jej wyjaśnienia od Ciebie.- Słysząc swoje imię rzuciła się szybko na łóżko przykrywając ciało różowym kocem. Po chwili usłyszała ciche pukanie.
-Ron?- Lekki uśmiech wtargnął na jej twarz usłyszawszy zdrobnienie zdrobnienia jej imienia, które używał tylko jej tata. Tata, którego kochała całym sercem.- Skarbie?- Wynurzyła się i swoimi błękitnymi oczkami spojrzała na opiekuna. Przysiadł delikatnie na skraju łóżka i charakterystycznie oblizał usta.
-Wyjeżdżam.- Jedno słowo, a potrafi tak wiele.
-Na długo?- Zapytała naiwnie.
-Na zawsze. Ale nie bój się będziesz mnie odwiedzać. Mnie i nową ciocię.
-Nie chcę nowej cioci.- Zrobiła minę obrażonego dziecka.- Dokąd jedziesz?
-Do Londynu w Wielkiej Brytanii.- Jej malutkie serduszko pękło na pół.

7 lat później
-Mamooo gdzie moja niebieska sukienka?
-Pożyczyłaś ją Lydii.- Veronica westchnęła przypominając sobie jak tydzień temu jej przyjaciółka szła na randkę i potrzebowała czegoś ładnego. Przypomniała sobie również, że dziewczyna miała jej oddać sukienkę już na drugi dzień czego oczywiście nie zrobiła. Wzięła w ręce białą koronkową bluzkę i po złożeniu jej ułożyła ją w walizce.
-Gotowe.- Oznajmiła sama sobie i położyła się na łóżku w celu odpoczynku.
-Ronnie? Za 20 minut jedziemy.- Usłyszawszy głos swojej rodzicielki, odwróciła głowę i spojrzała na postać stojącą w progu. Na ramieniu miała przewieszoną ścierkę co oznaczało, że dopiero wyszła z kuchni kończąc zmywać po obiedzie.
-Jasne. Jestem już gotowa.- Tak naprawdę nie była. Nadal trochę się bała spotkania z ojcem. Bała się lotu tak daleko. Daleko od mamy, przyjaciół. Wstępowała na nieznany jej grunt.
Otworzyła szufladę w szafce nocnej i wyjęła z niej kawałek pomiętego papieru. Trochę go wyprostowała i po raz kolejny zaczęła śledzić trochę już porozmazywane litery.

25.06.12r., Londyn
Kochana Ronnie!
Tak jak co miesiąc wyciągnąłem kartkę i zacząłem pisać. Ostatnio dużo myślałem wiesz o wszystkim. Przepraszam Cię, przepraszam za to, że złamałem obietnicę i już 7 lat mnie nie widziałaś. Tęsknie za moją małą Ron. Pewnie się zastanawiasz do czego zmierzam, więc… Chciałbym abyś mnie nas odwiedziła. Tu w Londynie, na całe wakacje. Jest jeszcze jedna rzecz. 4 sierpnia razem z Samanthą bierzemy ślub. Chcę abyś była na nim, jako jej druhna. Wiem, że ta wizja może Cię przerażać, ale Sam i Louis chcieliby Cię poznać. Pamiętasz? Wspominałem Ci o nich w kilku poprzednich listach.
Jeżeli się zgodzisz do listu dołączam bilet na 30 czerwca. Będę na Ciebie czekać o 17 na Londyńskim lotnisku.
Mam nadzieje, że do zobaczenia.
Całuję, tata.
-Veronica czekamy na Ciebie!- Dziewczyna usłyszała głos mamy i ocknęła się z zamyślenia. Zgięła list na pół, aby bez problemy zmieścił się w jej tylnej kieszeni. Wzięła w obie ręce uchwyty od walizek i zeszła ze schodów. Pożegnała się z domem i wsiadła do samochodu jej ojczyma. Nie chciała z nikim rozmawiać musiała sobie dużo rzeczy przemyśleć. Sama.
Na lotnisku pożegnała się ze swoimi najbliższymi i udała się w stronę swojej bramki. Przeszła odprawę i już po chwili siedziała w samolocie na miękkim fotelu. Oparła głowę o szybę i dała sobie pozwolenie na odpłynięcie w krainę Morfeusza.

*
Chwilę spotkania z tatą wyobrażała sobie odkąd zadecydowała o locie do niego. Myślała co ma wtedy zrobić, co powiedzieć. Jednym słowem miała już w głowie cały plan. Nigdy nie działała pochopnie, ani bezmyślnie. Jednak gdy wyszła zza zakrętu nie ujrzała swojego ojca. Wysoki mężczyzna, który powinien mieć już siwawe włosy, ale nadal mocno błękitne oczy nie czekał na nią. Stanęła najpierw lekko zdezorientowana, ale po chwili dotarło do niej, ze jej tata o niej zapomniał, albo co gorsza nie chciał jej widzieć, a to wszystko było jakimś głupim żartem.
-Panienka Blaise?- Wielki, umięśniony mężczyzna wyrósł jakby z pod ziemi i stanął naprzeciw lekko przestraszonej dziewczynki. Jedno wiedziała na pewno to nie był jej tata.
-T-tak.- Wychrypiała niepewnie uważnie przyglądając się postaci przed nią.
-Jestem Tyler mam Cię przetransportować do pana Jamesa. Panienka pozwoli, że wezmę pani bagaże.- Ronnie kiwnęła tylko głową w sumie mogła się spodziewać, że jej tata sam się nie pofatyguję, żeby odebrać ‘jeszcze’ jego córkę.
Ciemnowłosa wsiadła do czarnego, terenowego samochodu na miejsce pasażera i zapięła się pasami. Po chwili to samo, ale na miejscu kierowcy uczynił Tyler.
-Mogę wiedzieć kim jesteś dla mojego taty?- Zapytała niepewnie na około czterdziestoletniego mężczyznę.
-Jego kierowcą, panienko.
-Mój tata ma własnego kierowcę?
-Zgadza się.- Panienka- jak to ją nazywał jej towarzysz- już więcej się nie odezwała. Powtórzyła czynność z samolotu i oparła swoją głowę o szybę samochodu. Podziwiała widoki za oknem i stwierdziła, że zdecydowanie nie przywyknie do Londyńskiej pogody. Zbyt przyzwyczaiła się przez te wszystkie lata do słońca niż deszczu. Jak na zawołanie po szybie zaczęły spływać krople wody. Dziewczyna tylko westchnęła przeciągle i obrzuciła kierowcę jednym spojrzeniem.
Już po kilku minutach dotarli na miejsce. Veronica mozolnie wyszła z samochodu trochę za mocno trzaskając drzwiami. Tyler posłał jej tylko lekko karcące spojrzenie i zajął się jej walizkami. Ronnie podniosła natomiast wzrok na dom przed sobą, a jej oczy szeroko się otworzyły. Widzieliście kiedyś te programy w telewizji gdzie gwiazdy pokazywały całemu światu swoje drogie, ekskluzywne mieszkania, domy? Ten wyglądał bardzo podobnie. Był ogromny z milionami okien i balkonów. Pomalowany na biało jeszcze bardziej optycznie go zwiększał. Ogrodzenie, które wiło się na około budynku wznosiła się wysoko ponad głowę dziewczyny, a jej żelazna brama wyglądała jak w jakimś pałacu. Ciemnowłosą zastanawiało jeszcze jedno. Czemu Tyler nie wjechał na posesje tylko zaparkował przed nią?
-Panienka idzie?- Głos jej towarzysza sprowadził ją na ziemię. Kiwnęła potakująco głową i ruszyła za nim. Przekroczyła wcześniej wspomnianą furtkę, a jej czerwone conversy ustały na terenie jej ojca. Rozejrzała się wokoło i stwierdziła, że jest jeszcze lepiej niż myślała na początku. Żeby opisać cały wygląd ogromnego ogrodu musiałaby rozpisać się na przynajmniej 10 stron A4. Skrócając to do dwóch słów w swojej głowie ujęła to jako: nieziemsko-niesamowite. Tylko na tyle było ją stać. Modliła się tylko w duchu by jej szczęka nie opadła w dół.
Razem za Tylerem podążała do wejściowych drzwi. Trochę zdenerwowana tym wszystkim zacisnęła dłonie w pięści i starała znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie na to dlaczego jej tata nie wspomniał, że jest BOGATY!?
Zobaczyła jak drzwi same się otwierają, a za nimi stanął jeszcze bardziej starszy mężczyzna. I on także nie był jej tatą.
-Panienko to jest Steve. Kamerdyner.- Steve lekko ukłonił się na co niebieskooka posłała mu szczery uśmiech.
-Miło mi pana poznać. Jestem Ronnie.- Nie zdążyła nawet wyciągnąć dłoni w jego stronę, a kierowca już ciągnął ją do salonu. Na jej twarz wdarł się dziewczęcy, zadziorny uśmiech gdy zobaczyła to pomieszczenie. Całe było biało-czarne z dwoma wielkimi również białymi kanapami na środku. Na ścianie wisiał trzy razy większy niż u niej w domu telewizor plazmowy, a pod nim znajdowała się konsola do gry. Jej uwagę przykuł instrument stojący na drugim końcu pokoju przy samym oknie. Mianowicie był to biały-cóż za niespodzianka- fortepian. Za nim przy ścianie stały półki z książkami, zawsze marzyła o takiej mini biblioteczce u siebie w domu. Na prawo od niej znajdowało się wielkie okno, przez które można było dostrzec tył domu czyli resztę ogrodu i… nie chyba się nie myliła wielki basen. Ronnie już wiedziała, że będą to jej najlepsze wakacje.
-Pan Blaise zaraz do panienki zejdzie.- Poinformował ją kamerdyner i w tej samej chwili Veronica zorientowała się, że opuścił ją Tyler, a jej walizki również zniknęły. Nie przejmując się tym poczęła na nowo rozglądać się po pomieszczeniu, a swój wzrok zatrzymała na kryształowym żyrandolu. Dopiero kroki tuż za nią wyrwały ją z transu. Obróciła się przez lewe ramię, a przed sobą zobaczyła zbliżającą się postać. Wysoki mężczyzna z posiwiałą już głową i błękitnym spojrzeniem przypatrywał się dziewczynie. Ciemnowłosa stwierdziła, że w granatowej koszuli i zwykłych jeansowych spodniach prezentuję się w miarę przyzwoicie. Uśmiechnęła się pod nosem i już zmierzała w stronę jej taty by po chwili zanurzyć się w jego ramionach.
-Wiesz co tato?
-No co?- Zapytał zaciekawiony.
-Zdecydowanie powinieneś farbować włosy.- Usłyszała śmiech, ale nie należał do jej opiekuna. Wyszła z jego objęć i tuż za nim zobaczyła trochę wyższą od siebie- pewnie przez szpilki- kobietę z ciepłym uśmiechem na twarzy.
-Ron poznaj Sam, moją narzeczoną. Sam to moja córeczka Veronica.
-Tato, wiesz, że nie lubię jak ktoś mówi do mnie pełnym imieniem.- Zrobiła oburzoną minę i skierowała się do swojej przyszłej macochy. Wyciągnęła w jej stronę rękę i postarała się o najszczerszy uśmiech na jaki było ją stać.
-Miło mi panią poznać.
-Och przestań mów mi po prostu Sam.
-Oczywiście.- Tym razem skierowała się do taty.- Możesz pokazać mi mój pokój? Jestem trochę zmęczona i chciałabym się położyć.
-Oczywiście.- Wskazał gestem ręki, żeby poszła za nią, a już po 2 minutach Ronnie była w swoim pokoju.  Nie rozglądając się wyciągnęła z walizek, które już tam były piżamę i położyła się spać.
Przez zmianę czasową dziewczyna długo nie mogła zasnąć. Męczyła się co chwilę zmieniając swoją pozycję. Nie pomogła nawet muzyczka relaksacyjna puszczona z jej białego iphone.
Gdy w końcu Morfeusz porwał ją w swoją krainę była około 23.

*
Czy to dziwne, że w środku nocy, a dokładniej o 2.45 słyszy się dziwne odgłosy z dołu? Nad tym zastanawiała się Ronnie Blaise. Przebudziła się około 5 minut temu przez huk. Miała różne teorię, mógł to być tata, Sam, Steve lub jeszcze jakiś pracownik. Tylko co mógł do licha robić o prawie 3 nad ranem? Dziewczyna nie myśląc długo chwyciła w ręce niepodłączoną lampkę nocną i jak najciszej wyszła z pokoju. Dokładnie skanowała wczorajszą drogę do pokoju starając przypomnieć sobie gdzie znajdują się schody. Obrała kierunek w lewo, a jej palce zacisnęły się mocniej na lampce.
Stawiała delikatnie stopy na każdym schodku modląc się, aby przez brak światła nie potknęła się i nie spadła na dół. To zapewne nie miałoby ani trochę gracji. Gdy jej nogi postały na zimnej podłodze znów usłyszała hałas. Wzięła głęboki oddech i skierowała się do jego źródła czyli salonu. Z każdą sekundą jej strach się nasilał.
-J-jest t-tu k-kto?- Nie była w stanie odezwać się bez jąknięcia. Odpowiedziała jej jednak głucha cisza, a po minucie dziwne mruknięcie. Bicie jej serce było zapewne słychać u sąsiadów jak nie dalej.
Nagle, zupełnie nie spodziewanie zza białego fortepianu wyskoczyła jakaś postać, a krzyk Ronnie rozniósł się echem po salonie.
-Ćśś, zgłupiałaś? Chcesz obudzić cały dom?- Owa postać okazała się mężczyzną, zaklaskała dwa razy, a w salonie zapaliło się światło.- Po co Ci ta lampka?
Zdezorientowana dziewczyna spojrzała to na przedmiot w jej rękach to na chłopaka z podniesionymi brwiami.
-Nie ważne. Możesz mi powiedzieć co ty tu robisz o…- Spojrzała na zegarek wiszący na ścianie i zdała sobie sprawę, że powinna leżeć w swoim łóżku i smacznie spać.- 3.15?
-Lepiej mi powiedz co ty robisz w moim domu w środku nocy z lampką nocną w dłoniach?- Chłopak próbował udawać poważnego, ale marne było jego staranie gdyż gdy Ronnie zobaczyła jego minę parsknęła śmiechem.- I jeszcze masz czelność śmiać się ze mnie?
-Przepraszam po prosty ty… no ten… tak śmiesznie… i- Spojrzała na jego lekko oburzoną twarz i spuściła wzrok.- Już nic. Więc jestem Ronnie. Ronnie Blaise.- Wyciągnęła w stronę chłopaka wolną rękę.
-A to ty jesteś córką Jamesa? Miłe zapoznanie nie ma co. Jestem Louis. Louis Tomlinson. Twój przyszły, najprzystojniejszy i najfajniejszy brat na świecie.- Odwzajemnił uścisk ręki i wyszczerzył się w uśmiechu ukazując swoje śnieżno białe ząbki.
-I zapewne najskromniejszy.- Prychnęła.
-Widzę, że zaczynasz mnie poznawać.- Spojrzała w jego niebiesko-szare oczy i spytała się sama siebie czy jest możliwe posiadanie tak pięknego odcieniu tęczówek? Dopiero po chwili zauważyła, że chłopak też patrzy w jej- już nie tak piękne jak jego- oczy, a ich dłonie nadal są ze sobą połączone w jak się wydawało dziewczynie tylko czysto przyjacielskich stosunkach.
-To skoro już wszystko wyjaśnione to j-ja, j-ja pójdę się położyć.- Wyswobodziła swoją dłoń i jak najszybciej mogła udała się do swojego nowego pokoju. Położyła się na łóżku nadal czując ciepły dotyk Louisa na jej skórze.

6 komentarzy:

  1. Super! Bardzo mi się podoba :) Czekam na next ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Boski :D Czekam na następny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Boski ♥
    Cudowny rozdział ... Z niecierpliwością czekam na next.
    Przy okazji zapraszam na mojego : http://good-girls-love-bad-boyss.blogspot.com/ Zależy mi na twojej opinii i jeśli chcesz zareklamować swojego bloga (bez regulaminu, haczyków , buttonów) to wejdź w zakładki "Reklamy" ... Zyczę weny i buziole ;***))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale zajebiste;** Już nie mogę się doczekać 2 rozdziału.
    Kocham u Louisa tę skromność XD
    Czuję, że ten blog będzie jednym z najlepszych jakie czytałam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piszesz niesamowicie. Masz wielką wyobraźnię i talent pisarski. Szkoda, że na razie nie ma ich więcej, ale liczę na dalsze rozdziały. Proszę pisz dalej, bo nie mogę się doczekać. Ten rozdział jest jak opisany dom ojca Ronnie. Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń